W dzisiejszej Ewangelii Jezus nie mówi: „będziecie kiedyś światłem”.
Nie mówi: „staniecie się solą, jeśli się poprawicie”.
On mówi prosto:
„Wy jesteście solą ziemi. Wy jesteście światłem świata.”
To jest kerygmat.
To jest dobra nowina.
Bo Chrystus patrzy na swoich uczniów nie według tego, co w nich jeszcze niedojrzałe, nie według ich lęków i słabości, ale według tego, kim są w Jego oczach.
Nie mówi: „jesteście doskonali”.
Mówi: „jesteście potrzebni.”
A to znaczy: w Kościele nie ma ludzi zbędnych.
Nie ma takich, którzy przyszli za późno.
Nie ma takich, którzy są zbyt słabi, by być światłem.
Pierwsze czytanie z Izajasza daje nam klucz:
„Dziel swój chleb z głodnym… wprowadź biednych do domu… wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza.”
Czyli światło nie rodzi się z teorii.
Nie rodzi się z gadania.
Nie rodzi się z dyskusji i udowadniania racji.
Światło rodzi się z miłości, która jest konkretna.
Nie chodzi o wielkie słowa.
Chodzi o chleb.
O obecność.
O podniesienie człowieka.
A święty Paweł w drugim czytaniu dodaje coś niezwykle ważnego:
on mówi, że przyszedł do ludzi w słabości i drżeniu.
I że nie oparł wiary na ludzkiej mądrości, tylko na mocy Boga.
To jest niezwykłe, bo pokazuje, że światło nie jest efektem pewności siebie.
Światło rodzi się wtedy, gdy człowiek pozwala, by działał Bóg.
Jezus mówi:
„Nie zapala się lampy i nie stawia pod korcem.”
A jednak my często dokładnie to robimy.
Bo czasem człowiek ma w sobie światło – pragnienie dobra, pragnienie Boga, pragnienie powołania, pragnienie uczciwego życia –
ale boi się je pokazać.
Dlaczego?
Bo pojawia się śmiech.
Pojawia się ironia.
Pojawia się plotka.
Pojawia się to, co Jezus nazywa: „podeptaniem przez ludzi”.
I wtedy rodzi się pokusa:
„Po co się wychylać?”
„Po co być wiernym?”
„Po co się modlić, po co służyć, po co iść tą drogą, skoro inni tego nie rozumieją?”
Ale Chrystus nie mówi: „schowaj się, żebyś miał spokój”.
On mówi: „Świeć.”
Bo światło nie jest po to, by było bezpieczne.
Światło jest po to, by było widoczne.
I tu trzeba powiedzieć coś bardzo prawdziwego:
Kościół jest pełen ludzi słabych.
Tak, czasem jest w nim grzech.
Czasem jest w nim niezrozumienie.
Czasem jest w nim twardość serca.
Czasem jest w nim ludzka małość.
Ale Kościół nie jest święty dlatego, że my jesteśmy święci.
Kościół jest święty dlatego, że w nim jest Chrystus.
To jest zasadnicza różnica.
W Kościele światło nie pochodzi od ludzi.
Światło pochodzi od Tego, który powiedział:
„Ja jestem światłością świata.”
Dlatego warto trwać.
Warto iść.
Warto nie uciekać.
Bo nawet jeśli ktoś się śmieje, nawet jeśli ktoś patrzy z dystansem, nawet jeśli ktoś nie rozumie –
to Chrystus jest ten sam.
Sól nie istnieje po to, żeby sama siebie smakowała.
Światło nie świeci po to, żeby samo siebie podziwiało.
Sól ma sens tylko wtedy, gdy oddaje się potrawie.
Światło ma sens tylko wtedy, gdy świeci innym.
I tu jest tajemnica powołania chrześcijańskiego:
Bóg nie daje nam wiary po to, byśmy ją zatrzymali dla siebie.
Bóg daje nam wiarę, aby inni mogli zobaczyć, że życie ma sens.
Dlatego Jezus mówi:
„Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca.”
Nie chodzi o to, żeby chwalili nas.
Chodzi o to, żeby przez nasze życie ktoś uwierzył, że Bóg naprawdę istnieje.
Bracia i Siostry,
dzisiejsze Słowo mówi bardzo mocno:
Bóg nie potrzebuje naszej wielkości.
Bóg potrzebuje naszej wierności.
Nie każdy zrozumie drogę wiary.
Nie każdy zrozumie drogę powołania.
Nie każdy zrozumie, że można żyć inaczej.
Ale Jezus nie pyta, czy ludzie będą bić brawo.
Jezus pyta: czy będziesz świecił?
Bo ci, którzy dzisiaj się śmieją,
jutro mogą przyjść do światła, którego nie zgasiłeś.
Niech więc nasze życie nie będzie lampą schowaną pod korcem.
Niech będzie światłem na świeczniku.
A wtedy spełni się obietnica Izajasza:
że nawet w ciemnościach nasze światło zabłyśnie jak południe.
Amen.
Dodaj komentarz