Wniebowstąpienie Pańskie

„Uniósł się w ich obecności w górę — i obłok zabrał Go im sprzed oczu…” (Dz 1,9).

Tak się kończy Jezusowa obecność na sposób widzialny. Ale to nie jest koniec.
To dopiero początek.

To jedna z tych tajemnic, które nie dają się ogarnąć umysłem, ale można je przyjąć sercem.
Tajemnica, która nie da się wypowiedzieć do końca, ale można ją rozważać — na kolanach.
Bo przecież Bóg nie odchodzi, żeby zostawić.

Bóg odchodzi, żeby… zostać inaczej.
Żeby przygotować. Żeby otworzyć przestrzeń.
Nie tylko gdzieś tam — w niebie. Ale i tu — w sercu człowieka.

Pan Jezus nie wstępuje do nieba, bo miał dość świata,
ani dlatego, że ziemia Go zmęczyła.
Nie wstępuje dlatego, że przegrał — przeciwnie!
To zwycięzca wstępuje na tron.
To Miłość wraca do Ojca, by rozlać się przez Ducha — aż po krańce ziemi.

Nie zostawia uczniów z ich pytaniami, lękiem i niepewnością.
Nie opuszcza Kościoła, który dopiero się narodzi.
On odchodzi, by być jeszcze bliżej.
Nie zniknął — tylko zmienił sposób obecności.

Zobaczcie: czytamy, że po Wniebowstąpieniu Apostołowie wrócili do Jerozolimy „z wielką radością” (Łk 24,52).
Czy to nie paradoks?
Czy nie powinni być przygnębieni?
A jednak — oni już wiedzieli:
Nie stracili. Zyskali.

Zyskali Obecność, która nie zna granic.
Zyskali Jezusa, który nie jest już ograniczony czasem, miejscem, ciałem —
ale który teraz może wejść w każdą historię, w każde serce, w każde życie.
Tak — także w twoje.

Dlatego dziś stajemy razem z nimi na Górze Oliwnej.
I patrzymy w górę — nie tylko z tęsknotą, ale bardziej z nadzieją.
Nie jak ci, którzy zostali sami,
ale jak ci, którzy wiedzą, że Ich Pan otwiera Niebo dla Człowieka.

Patrzymy na Tego, który został ukrzyżowany, ale żyje.
Na Tego, który był wzgardzony, a dziś króluje.
Na Tego, który wchodzi do chwały — nie dla siebie, ale dla nas.

Bo nasza droga nie kończy się w grobie.
Nie kończy się w rozpaczy.
Nie kończy się w samotności.
Nie kończy się na tym, co boli: nieudanej pracy, rodzinnych zranieniach, porażkach czy bezsilności.

Nasza droga się zaczyna.
Bo Bóg naprawdę przygotowuje miejsce.
Nie na pokaz. Nie symbolicznie.
Prawdziwie.

Dziś, w tej naszej wspólnocie, możemy z pokorą powiedzieć:
Pan i tu przygotowuje miejsce.
Nie tylko duchowo. Także konkretnie.
Nie w obłokach, ale wśród ludzi, którzy się modlą, pracują, szukają.

Od lat szukaliśmy przestrzeni, gdzie Kościół mógłby rozwinąć skrzydła.
Nie chodzi o mury — chodzi o wspólnotę.
Nie o budynki — ale o dom modlitwy, dom słowa, dom spotkania.

Dziś jesteśmy w przestrzeni tymczasowej.
Ale nieprzypadkowej.
Bo tymczasowe może być święte.
I ciche działanie Boga — może być mocniejsze niż rozgłos świata.

Pan naprawdę już działa.
W cichości.
W sercach.
W ludzkiej odwadze i cierpliwości.
I choć może nie widzimy jeszcze owocu, to przecież:
zwiastowanie już się dokonało.

W tym nadchodzącym tygodniu, jakże bogatym duchowo, czekają nas ważne wydarzenia.

Najpierw — Uroczystość Zesłania Ducha Świętego.
To nie tylko „koniec okresu wielkanocnego”.
To narodziny Kościoła.
To dzień, kiedy Bóg oddycha w sercu świata.

W tym dniu będziemy gościć biskupa Adama — pasterza i ojca.
Niech jego obecność będzie dla nas umocnieniem.
Niech wspólna modlitwa będzie jak nowa Pięćdziesiątnica.
Niech Duch Święty spocznie na tej wspólnocie, jak kiedyś na Wieczerniku.

Niech każdy z nas woła z głębi serca:
Duchu Święty, przyjdź!
Kościele, wstań!
Człowieku, nie bój się!

A dziś – w tej świątyni, tej kaplicy, tym Wieczerniku naszej wspólnoty – modlimy się za naszą Ojczyznę.
Nie po to, by oceniać.
Nie po to, by dzielić.
Ale po to, by błogosławić.

Bo miłość do Ojczyzny to nie ideologia.
To modlitwa.
To wierność sumieniu.
To pragnienie dobra wspólnego.

I każdy, kto dziś – z czystym sercem – pyta Boga:
„Jak mam wybrać? Jak mam służyć?” —
już jest na dobrej drodze.

Prośmy dziś, by Duch Święty prowadził nas — i naszą Ojczyznę — drogami pokoju, mądrości i prawdy.
W jedności.
W szacunku.
W nadziei.

Na koniec — wróćmy jeszcze raz na Górę Oliwną.
Jezus odchodzi — i mówi:
„Idźcie… Bądźcie świadkami…”

Nie tylko księżmi.
Nie tylko katechetami.
Nie tylko urzędnikami sakramentów.

Świadkami.

Świadek to ten, kto widział — i nie może udawać, że nie widział.
To ten, kto słyszał — i nie wypowiada już słów byle jakich.
To ten, kto doświadczył — i już nie potrafi milczeć.

Bracie. Siostro.
Jesteś zaproszony, by być Świadkiem Wniebowstąpienia.
Świadkiem Obecności.
Świadkiem Nadziei.

By mówić światu nie tyle słowem, co życiem:
„Jest Ktoś, kto wstąpił do Nieba — i przygotowuje nam miejsce.”
Nie dlatego, że na nie zasłużyliśmy.
Ale dlatego, że jesteśmy Jego.
Na zawsze.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*